piątek, 23 marca 2012

"It's the end of the world, as we know it"

Przez wzgląd na zaawansowane prace remontowe w naszym krakowskim mieszkaniu i brak regularnych, weekendowych prób z zespołami, coraz częściej podróżuje do swojego rodzinnego domu w podhalańskiej głuszy (może nieco przerysowane określenie, ale wizja takiej idylli w tym momencie odpowiada mi jak nigdy).
Gdy pogoda za oknem staje się coraz bardziej wiosenna (a w TV coraz mniej hokeja) chętniej spędzam czas na polu (przepraszam nie-małopolan, ale my tu na południu dworów na własność nie posiadamy).  Ostatnia moja wizyta w domu zakończyła się poważną inwestycją w przyszłość - zaadaptowaniem skromnego skrawka ogródka, pod uprawę pożywienia. Hipis, można by pomyśleć. Tyle że refleksje o tym jak blisko nam do krawędzi, nachodzą mnie ostatnio nader często, gdy wrzucam na swojego facebookowego walla kolejne serie niezbyt optymistycznych informacji. Czasami kogoś kto właśnie stoi na krawędzi wystarczy lekko popchnąć, w moim przypadku tym kimś, a raczej czymś był film - "Collapse", czyli historia Michael-a Ruppert-a, byłego policjanta z L.A., od 30 lat badającego treść umieszczaną "między wierszami" popularnych, mainstreamowych wiadomości.
Gdy już znaleźliśmy się w momencie naszej historii, gdzie pomimo niskiej marży, ceny paliw uzyskują coraz bliższe abstrakcji ceny, wiemy już że mamy poważnie przejebane. Ruppert nie jest pierwszym, który przedstawił teorię tzw. Oil Peak, czyli szczytu wydobycia ropy, bezpośrednio powiązanej z jej ilością w dostępnych dla ludzkości złożach. Teoria ta, którą biorąc pod uwagę różne zjawiska, ekonomiczne oraz polityczne, nazwał bym raczej faktem, mówi, że ok 30 lat temu przekroczyliśmy szczyt naszych możliwości wydobycia tego nieodnawialnego surowca. Mówi ona również, że pojęcie niekończącego się wzrostu to wyłącznie ekonomiczne science fiction, nie mające pokrycia w prawach fizyki (natury).
Jakiś czas temu pisałem trochę truizmów o tym, jak bardzo nasza cywilizacja (Azja-Europa-Ameryka) uzależniona jest od ropy, węgla oraz gazu - źródeł nieodnawialnych, aktualnie wyczerpujących się. Pisałem w pewnym skrócie o wizji gdy kolejne struktury gospodarcze stają, ponieważ nie mają podstawowej siły napędowej - energii (elektryczność, paliwa) oraz surowców (ropopochodnych tworzyw sztucznych, chemikaliów rolnych). Bez transportu i masowej produkcji żywności, cywilizacja jaką znamy nie przetrwa. Dodajmy do tego ocieplenie klimatu, kurczące się zapasy wody i potencjału rolnego i moja decyzja o wyhodowaniu sobie zabezpieczenia w postaci naturalnej, organicznej żywności, nie wydaje się już tak hipisiarska.
Latami toczyłem setki dyskusji na temat słuszności podejmowania odpowiedzialnych wyborów przez pryzmat dobra wspólnego, dbałości o naszą planetę i jej mieszkańców. W dobie potencjalnego upadku, całej tej machiny zwanej nowożytną cywilizacją, udowadnianie swojej racji nie wydaje mi się już tak znaczące. Nie rezygnuję z forsowania swoich poglądów dot. poszanowania praw ludzi oraz zwierząt, nie rezygnuję z mniej więcej codziennego spamowania na portalach społecznościowych -  a nóż ktoś z tych informacji skorzysta. Rezygnuję z udowadniania na siłę że globalne ocieplenie jest FAKTEM, dalsze inwestowanie w tradycyjne formy energetyki oparte na ropie, gazie czy węglu to BZDURA, a rozwój odnawialnych źródeł energii z wiatru oraz słońca, dieta oparta na lokalnych uprawach roślinnych to NAJROZSĄDNIEJSZA droga. Szkoda energii na gadanie.


Robert Bales

To nazwisko mogliście usłyszeć w ostatnich dniach w najbardziej popularnych mediach. W tych anglojęzycznych (CNN, CBC FOX) analiza psychologiczna p. Bales-a w niczym nie ustępuje analizie psychiki matki zabitej (?) Magdy, praktykowanej od kilku tygodni w rodzimych, polskich mediach.

Dlaczego to zrobił, przecież był dobrym człowiekiem, wspaniałym żołnierzem i patriotą... 
Rzadko wspomina się 17 ofiar sierżanta Bales-a - skądinąd również ludzi, z rodzinami, planami na przyszłość, marzeniami.. Nikt też nie wspomina, że taktyka odczłowieczania (w przypadku popularnych mediów, sprowadzania do roli liczb, niczym wyników w meczach piłki nożnej), to dosyć powszechna praktyka, stosowana również w armiach, ułatwiająca "rozprawianie się z wrogiem". Nieczęsto wspomina się o tym, że rasistowskie określenia "ciapatych" rozbrzmiewające w oficerskich strukturach armii, to przemyślana strategia, zbierająca swoje żniwo gdy podjęcie decyzji o zabiciu okazuje się nader łatwe.
Te odczłowieczone numery ofiar to w rzeczywistości:

zabici

Mohamed Dawood syn Abdullah
Khudaydad syn Mohamed Juma
Nazar Mohamed
Payendo
Robeena
Shatarina córka Sultana Mohameda
Zahra córka Abdula Hamida
Nazia córka Dosta Mohameda
Masooma córka Mohameda Wazir
Farida córka Mohameda Wazir
Palwasha córka Mohameda Wazir
Nabia córka Mohameda Wazir
Esmatullah córka Mohameda Wazir
Faizullah syn Mohameda Wazir
Essa Mohamed syn Mohameda Hussain
Akhtar Mohamed syn Murrada Ali

ranni

Haji Mohamed Naim syn Haji Sakhawat
Mohamed Sediq syn Mohameda Naim
Parween
Rafiullah
Zardana
Zulheja






niedziela, 11 grudnia 2011

Inspiracja


Kiedy zabieram się do napisania tekstu piosenki czy bloga, staram się szukać inspiracji w życiu. Zawsze starałem się unikać w takich sytuacjach punkowych szablonów w stylu: "ok, to napiszę teraz coś o anarchiźmie, bo ostatnio pisałem o brutalności policji i antyfaszyźmie". To co zawsze pociągało mnie w punkrocku i ogólniej - w ekspresji jakiejś myśli, to autentyzm. Inspiracja płynąca z serca, z codziennego życia, obserwacji, doświadczeń. 
Do napisania kilku słów może inspirować coś co przytłacza i dołuje (vide publikacje dot. ocieplenia klimatu, efektów jakie w związku z tym ludzkość odczuje/odczuwa i ignorancji jaką w dalszym ciągu popisuje się establishment decyzyjny), ale może to również być coś pozytywnego. W ostatnim czasie taką pozytywną inspiracją są dla mnie ludzie. Ludzie, którzy na całym świecie, mają energię i odwagę by wstać i powiedzieć "dosyć kurwa!". Od Nowego Jorku do Moskwy ci ludzie, powodowani być może detalicznie innymi motywami, chcą wziąć swoje życie w swoje ręce, pokazać że nie są masą baranów dającą prowadzić się na rzeź (krwawą czy finansową). Po latach, nazwijmy to "laicyzacji" środowisk alternatywnych, akademickich, para politycznych, gdy wydawało się że "lans i bauns" to jedyny wspólny mianownik dla młodych ludzi z tych, czasami różnych od siebie środowisk, okazuje się że młodzież jeszcze może. Ciężko mi w tej chwili znaleźć coś bardziej inspirującego.

środa, 9 listopada 2011

Chłodzimy?



Wbrew coraz bardziej wyraźnym komunikatom (medialnym i naturalnym) że globalne ocieplenie to fakt, a wkład cywilizacji człowieka w powolny upadek świata jaki znamy jest niezaprzeczalny, ostatnie dwa lata okazały się sukcesem dla wzrastającego wolumenu mas CO2 - czyli, grzejemy coraz bardziej, mając już pełną świadomość do czego to doprowadzi. Świadomość, najwyraźniej wypieraną przez osobiste zyski konsumpcyjne. Rozumiem, że teorie tych wszystkich jajogłowych, przykutych do monitorów komputerów i urządzeń pomiarowych, zapewne oderwane są od rzeczywistości (co oni wiedzą o życiu, nie?), a cała ta nagonka lewackich mediów to światowy spisek żydo-masonerii, inwestującej ostatnio w technologię produkcji energii odnawialnej, ale - na Boga, ślady anomalii pogodowych, widoczne w formie bardziej ekstremalnych w Pakistanie, Tajlandii czy ostatnio we Francji (powodzie) czy w wersji lite na wschodnim wybrzeżu USA (chwilę temu śnieżyce), czy na własnym podwórku: wczoraj (8 listopada!) widziałem kolesia w krótkich spodenkach. W KRÓTKICH SPODENKACH! Wiadomo, fajnie że nie piździ i generalnie sprzyja do oszczędności energii (paradoksalnie), ale chyba mimo wszystko mnie to nie cieszy, raczej martwi.
Ok. Wiele już zostało powiedziane, napisane, o tym co wpływa na ocieplanie się klimatu, sporo wiemy już, że inwestycje w odnawialne źródła energii, również przez wzgląd na wyczerpujące się zasoby tradycyjnych paliw, będą niezbędne, wiemy jaki kierunek w skali makro winniśmy obrać, mniej natomiast mówi się o tym co my - małe żuczki, możemy w naszym codziennym życiu zrobić. Ja sam mam kilka pomysłów, które sukcesywnie, w miarę możliwości w swoje życie wdrażam, ale zupełnie nie czuję się w tej kwestii autorytetem. Myślę, że mógłbym skorzystać z ewentualnych rad, co jeszcze mógłbym zrobić. Póki co, kroki - które de facto są na tyle łatwe i naturalne, że właściwie wniknęły w moją codzienność i nie są dla mnie szczególnie odczuwalne:
- weganizm: wiemy już że hodowla zwierząt dla mięsa i mleka, a także ich przetwórstwo, to jeden z głównych emiterów gazów cieplarnianych i powód znikających lasów tropikalnych (mogących być katalizatorem dla CO2), tak więc ten zupełnie prosty krok - zmiana nawyków żywieniowych, może być z pożytkiem nie tylko dla zwierząt i dla naszego własnego zdrowia
- ropa: pozyskiwanie i spalanie to kolejny truciciel, poza tym ostatnio (dla ułatwienia) piekielnie droga- samochodu staram się używać do wypraw pozamiastowych, ew. większych zakupów. Do pracy podróżuję komunikacją miejską (co pozwala mi również oszczędzać czas na szukanie miejsca parkingowego..)
- ogrzewanie: ponieważ mamy szczelne okna, mogliśmy sobie pozwolić nie odkręcić jeszcze (od początku sezonu grzewczego) kaloryferów. Podczas mrozów, wystarczy nam ogrzewanie jednego pomieszczenia - gdzie spędzamy najwięcej czasu
- energia elektryczna: wymiana żarówek na energooszczędne to krok oczywisty. Gaszenie niepotrzebych świateł, wyłączanie urządzeń elektrycznych z sieci gdy nie ma nas w domu więcej niż jeden dzień również jest zupełnie naturalnym odruchem. Poza tym komputer: do pisania, czytania, nagrywania muzyki, staram się korzystać z moblinych urządzeń z wydajną baterią. Pracując na notebooku, mam zainstalowaną wtyczkę blokującą Flasha (pożeracza baterii)
- recycling: praktykuję - podobnie jak weganizm, od wielu lat, od czasu gdy jeszcze nie byłem świadomy efektu cieplarnianego. Oczywiście radykalne ograniczenie pobierania foliowych torebek w sklepach wchodzi już w pewien kanon kultury konsumenckiej i również działa z pożytkiem
- ergonomia lodówkowa: jakiś czas temu pojawiło się kilka artykułów mówiących o tym, że marnowanie żywności jest głupie nie tylko poprzez swój aspekt etyczny, ale i gnijąca w śmietnikach i na wysypiskach masa odpadków organicznych nie jest obojętna dla klimatu. Potrawy z tego co znajdziesz w lodówce potrafią być naprawdę zajebiste!!

Ok. Mam nadzieję, że wszystkie cztery osoby które zaglądają na mojego bloga, podzielą się swoimi pomysłami i postawią przede mną nowe wyzwania.

Czekam na komentarze!

niedziela, 18 września 2011

Kiedyś Było Lepiej

W zeszłą niedzielę zorganizowałem sobie maraton filmowy - najpierw, zupełnie w ciemno wybrałem się do kina, zupełnie nie mając pomysłu na jaki film. Stojąc przy kasie by wymienić moje darmowe vouchery na miejsce w sali kinowej, spojrzałem na monitor z programem i mając w alternatywie "Smurfs" lub "Don't Be Afraid Of The Dark" zdecydowałem sie na ten drugi tytuł. Przyznam, że liczyłem jakobym mial w ręku bilet na nowy horror o wampirach, z Colinem Farrellem, zamrłem gdy kontem oka zobaczyłem gębę Colina na plakacie filmu o zupełnie innym tytule. Nic, wlazlem do sali i zająłem miejsce, które pozostało juz do końca seansu jedynym zajetym w sali. Film raczej marny, takie niedzielne kino z nutką kiepskiego horroru. Popołudniu, juz nie samotnie a w miłym towarzystwie, kolejne vouchery wymieniliśmy na nowy film Woody Allena - "Midnight In Paris". Początkowo sceptyczny, szybko wkreciłem się w surrealistyczną historię. Dosyć oczywistą refleksją, będącą jednocześnie pointą filmu - i tutaj komuś kto jeszcze nie miał okazji obejrzeć filmu, mogę zepsuć zabawę spoilerem, jest truizm, z którego często sam nie zdaję sobie sprawy: każde pokolenie romantyków odczuwa silną nostalgię dla czasów przeszłych. Czy to będzie środowisko artystów, aktywistów politycznych czy punków, zawsze "kiedys to było inaczej" - w domyśle lepiej, jest tym romantycznym hasłem przewodnim, robrzmiewającym we wszystkich niemal dyskusjach "weteranów". Dalsza cześć pointy podpowiada, że jeżeli każde pokolenie, naturalnie również to żyjące w czasach przez nas idealizowanych, ma podpobne odczucia, znaczyć to może, że ten czas idealny tak naprawdę istnieje wyłącznie w sferze naszych iluzji. Odnosząc to do mojego życia, do środowiska które jest mi najbliższe, coraz częściej marudzę i narzekam na dzisiejszą scenę Hardcore Punk. Długo mógłbym wypisywać co sprawia, że tęsknię do tej sceny sprzed kilku/kilkunastu lat, od obniżającej wartość zespołów łatwości w dostępie do muzyki i koncertów na ktore kiedyś czekało sie latami, aż po ideologiczne wypłowienie tego zjawiska, ale szkoda na to miejsca na googlowych serwerach i tej słonecznej niedzieli. Zachowując pewien dystans, zdaje sobie sprawę, że i 15 lat temu, i 10 lat temu (a pewnie i 30 lat temu, choć tego pamiętać nie mogę) byli ludzie, którym scena wydała się zepsuta, dla których najlepsze czasy minęły, a przecież jednak sam te czasy wspominam jak najlepiej (mało tego, z perspektywy czasu, wydaje mi się, że nawet wówczas mi się podobało). Być może to nasza (moja) perspektywa się zmienia, pewnie zmienia sie też nieco otoczenie, a co za tym idzie oczekiwania młodszych ludzi i powinniśmy trochę pohamować słowa krytyki? Mimo to pozostawię sobie prawo by czasem odrobine ponarzekać.



niedziela, 4 września 2011

LB/Slip minitour

Jako że udało się nam sfinalizować wspólny projekt wydawniczy ze Slip, chcieliśmy uczcić ten fakt kilkoma wspólnymi gigami. Nasze zdolności organizatorskie okazały się być niezbyt  skuteczne, tak więc ostateczna liczba koncertów zamknęła się w liczbie dwóch. 

Od pewnego czasu, gdy już uda nam się zorganizować jakieś granie dla Last Believer, mój organizm reaguje buntem - a to gardło niedomaga, a to przeziębienie , a to ból głowy - przyznam, zastanawiające, jako że choruję bardzo rzadko.. Tym razem przypomnieć o sobie postanowiła moja czwarta ósemka (to dosyć paradoksalne, nawiasem mówiąc, że MNIE wyrosły niemal wszystkie już zęby mądrości.. MĄDROŚCI!). Już od czwartku, napierdalający ząb nie pozwolił mi na normalny sen, musiałem też oddać walkę i poddać się farmakologii, jako że ból był momentami nie do zniesienia. 
W piątek wyruszyliśmy do Warszawy, ja sprytnie zajmując sobie tylne siedzenie i adoptując śpiwory oraz Szymonową poduszeczkę, zagwarantowałem sobie komfortową podróż. Korzystając z dobrodziejstw technologii, postanowiłem w drodze nadrobić braki i obejrzeć na iPadzie "Captain America". Po godzinie poczułem wzburzenie w moim pustym żołądku (jedynym pożywieniem które bylem w stanie przyjąć przez cały dzień, był sok warzywny), resztę podróży spędziłem więc w krainie snów, zatykając sobie uszy pięknymi melodiami Psychedelic Furs.
Bez większego problemu udało nam się trafić do Radia Luxembourg, gdzie zlazło się już trochę znajomych, rozłożyliśmy merch (wyjątkowo obszerny, wzbogacony o książki o tematyce wege), z bólem zjadłem ciepłe żarcie od Vegavani i resztę wieczoru spędziłem to snując się i rozmawiając z ludźmi, próbując zapomnieć o bólu, to oglądając zespoły aktualnie zamontowane na scenie. Zarówno Reality Check jak i Violent Action zagrały przyzwoicie, ze wskazaniem (zapewne przez wzgląd na moje osobiste preferencje muzyczne) na ten drugi, Slip pozwolił mi zapomnieć o zębowej dolegliwości i naładować się energią, niezbędną by zagrać własny set. Ok 11 zamontowaliśmy się na scenie, zagraliśmy swoje, sporo ludzi zostało żeby  nas obejrzeć, część z nich wyglądała na zadowolonych, więc zgaduję, że nie było źle.
Noc zakończyliśmy u Łukasza, korzystając z dóbr takich jak ciepły prysznic, miękkie łóżko czy internet. Po standardowej sesji z tandetnymi teledyskami na YouTube wszyscy zasnęliśmy.
Poranek przyniósł nowe nadzieje, w moim przypadku była to nadzieja na szansę skonsumowania śniadania o stałej konsystencji - powiedzmy że częściowo zostały one spełnione. Po jedzeniu pojechaliśmy do Piotrka, gitarzysty Slip, który uraczył nas smacznym espresso i zabrał do lokalnej wegańskiej restauracji - Loving Hut. Zajebiste menu, pełne fake meats i wszystkiego czego weganin mógłby zapragnąć,  wpędziło mnie jedynie w stan niemal depresyjny, jako że jedyną potrawą na jaką mogłem się zdecydować, była zupa. Po zjedzeniu wróciliśmy do mieszkania, spakowaliśmy graty i ruszyliśmy do Lublina. Tym razem, mając na uwadze perspektywę nocnego powrotu do Krakowa, postanowiłem wyręczyć Szymona w roli kierowcy. Gdy dojechaliśmy do Tektury, okazało się że zarówno Slip, organizatorzy jak i pyszne jedzenie już tam na nas czekały. Gdy zobaczyłem miskę pełną falafeli, pieczonych ziemniaczków, wegańskiego majonezu i sałatki, po raz kolejny znienawidziłem swój nowo wykluwający się ząb "mądrości". Przed koncertem zwiedziliśmy jeszcze starówkę (piękną), podyskutowaliśmy o stanie polskiego systemu edukacji i bezowocnie poszukaliśmy przyzwoitej kawy na mieście. Zarówno podróż, leki, bolący ząb jak i brak kawy, sprawiły że idealnym miejscem dla mnie był wygodny fotel za stolikiem z merchem, gdzie mogłem się nieco zrelaksować. Zarówno Exmisja, Slip jak i Ryan Harvey zagrali świetne sety, element towarzyski również był tutaj bardzo szczodry, jako że przyjemnie (relatywnie, w związku z zębem) spędziłem czas na rozmowach z dawno niewidzianymi, ale i tymi widywanymi częściej znajomymi. Podczas naszego setu, do ostatniego kawałka w sali pozostawała część publiczności, tak więc możemy to uznać za sukces.
Powrót do domu, znowu na sprytnie zarezerwowanym tylnym siedzeniu, poświęciłem na dokończenie Kapitana Ameryki (pominąwszy patos, wynikający bezpośrednio z samej idei komiksu, to całkiem przyzwoita adaptacja), po czym zapadłem w głęboki sen, przerwany dopiero na parkingu w Krakowie, gdzie to przeniosłem się z samochodowego siedzenia do własnego łóżka.
Było fajnie, za to dzięki.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Last Believers

W czwartek, gdy okazało się że nie dotrze do nas Łukasz, zagraliśmy krótką próbę w okrojonym składzie, co prawdopodobnie było najlepszym z możliwych pomysłów. W piątek rano kurewsko rozbolało mnie gardło, już o 15 urwałem się z pracy, żeby zregenerować struny głosowe przed koncertem. Chłopaki wpadli po mnie ok 18, zajechalismy jeszcze po sprzęt i ruszyliśmy do Nowego Targu. Koncert zaczął się dosyć późno, pomimo tego, że większość publiki wyglądała na nieletnią. Pierwsze dwie kapele spotkały się z dosyć chłodnym przyjęciem, solenizanci (swietujacy właśnie wydanie swojej płyty) - APE zagrali fajny set i zostali nagrodzeni przez ludzi pod sceną. Na koncert wpadli niespodziewanie moi rodzice, kosztowało mnie to, przyznam szczerze, nieco nerwów, ale po kilkunastu latach mojego łażenia na koncerty i grania w zespołach, niechże mają okazję zobaczyć ten zwierzyniec własne oczy. Po APE zainstalowalismy się my, no i okazało się że nie jesteśmy wystarczająco fajni, tak wiec miałem wrażenie ze większość publiki odpoczywala na zewnątrz klubu podczas naszego występu przed setem ADHD Syndrom.












Po koncercie zwaliliśmy się do mojego rodzinnego domu, gdzie - najwyraźniej zapracowaliśmy na późną kolację oraz wegańskie placki.
Rano zafundowaliśmy sobie jeszcze długi spacer na łonie natury, co przypłaciłem kilkoma litrami alergicznych śpików, a ok. południa ruszyliśmy do Krakowa. Po bardzo smacznym curry udało nam się upolować nasze nowo wytłoczone płyty, przesłane przez chłopaków z No Sanctuary przesyłką konduktorską.
Po dotarciu do klubu, okazało się że warunki są dosyć surowe, szczęśliwie - wspólnymi siłami, wraz z chłopakami z Elvis Deluxe i The Stubs, udało nam się temat dosyć sprawnie ogarnąć i zagrać całkiem fajny koncert, a nawet zobaczyć kilka usmiechniętych buzi.












Powolna niedziela, poświęcona na dojście do siebie, urodziła w mojej głowie kilka refleksji dotyczących zespołu: nie wpisujemy się chyba kompletnie w, nazwijmy to "potrzeby rynku", kompletnie nie jesteśmy cool, ale granie daje nam taki ogrom radości, że wraz z tymi kilkoma uśmiechniętymi buziami i ciepłymi słowami, jest to dla nas wystarczająco srogi dopalacz by póki co nie odpuszczać.
















środa, 1 czerwca 2011

Spersonalizowana Wolność w Sieci

Parafrazuj trafną frazę "Ci którzy poświęcają wolność w imię bezpieczeństwa, nie zasługują ani na jedno ani na drugie" i odnosząc do tendencji personalizacji sieci, można by rzecz: "Ci którzy poświęcają wolność w imię wygody, nie zasługują ani na jedno ani na drugie".
Wg. książki Eli Prisera "The Filter Bubble: What the Internet Hiding fromYou", najpopularniejsze wyszukiwarki (np. Google) oraz portale społecznościowe (Facebook), cachując informację o naszych preferencjach, udostępniają nam głównie te obszary sieci, które zgodne są z naszym profilem. I tak użytkownik korzystający z wyszukiwarki Google lubujący się w horrorach klasy b, lewicującej polityce i sportach wodnych, po wpisaniu hasła otrzyma wyniki kompletnie różne od użytkownika o zupełnie innych zainteresowaniach i poglądach, wpisującego w wyszukiwarce identyczne hasło. Na podobnej zasadzie działa Facebook. Na pewno, będąc użytkownikami tego portalu, zauważyliście że z Waszej ściany sukcesywnie znikają wpisy niektórych "przyjaciół". Rozumiem zamysł ergonomiczny tego systemu, aczkolwiek jeśli przyjrzymy się mu dokładniej, mechanizm ten zależny jest od naszej interakcji z daną osobą (vide komentarz pod postem, "like"). Niby wygodne, bo skoro nie wchodzimy w interakcję, to pewnie nie bardzo interesuje nas co delikwent ma do powiedzenia. Nie jest to jednak tak zero jedynkowe, jak być może twórcy portalu chcieli by to widzieć. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy wstrząśnięty krwawymi działaniami militarnymi w Afganistanie, wrzucam link do newsa opatrzonego moim komentarzem - kto przy zdrowych zmysłach, pod artykułem o 8 zabitych, Afgańskich dzieciach kliknie przycisk "like"? 
Sam nie mam nawyku częstego komentowania, czy "likowania" wrzucanych przez innych postów, ale nie znaczy to że nie czytam ich z zainteresowaniem. Również (a być może szczególnie) tych, które nie są zgodne z moim postrzeganiem świata. Jaki sens, na dłuższą metę ma dyskusja polegająca na wzajemnym poklepywaniu się po plecach? Jaki sens ma zamykanie się w światku własnych przekonań i profilowanych informacji? Niewielki. Gdybyśmy nigdy nie poddawali własnych teorii wątpliwości czy konfrontacji z innymi poglądami - sprzecznymi z naszymi, nadal mieszkali byśmy na płaskiej Ziemi, będącej centrum wszechświata a nocą rzucali kamieniami w księżyc.
Ten znak czasu - wygodnictwo i łatwizna, przejawia się na naprawdę wielu frontach życia - od wspomnianej Intersieci, po telewizję przepełnioną bezmyślnymi tokszołami. Mając dostęp do tak wielu, potencjalnych źródeł informacji, wbrew nadzieją na intelektualny rozwój, zaczynami po prostu głupieć..